GMPTech FF-8

Zawsze kiedy kieruję swoje myśli na audio, nieodłącznie myślę o muzyce, która dzięki niemu może zaistnieć w swoich najlepszych barwach i ze swojej najlepszej strony. Jakie to jednak barwy i która jej strona jest tą najlepszą nie jest już tak łatwo jednoznacznie odpowiedzieć. Wynika to conajmniej z kilku powodów i choć nie sposób tu wskazać wszystkich, warto przyjrzeć się kilku istotnym. Jednym z nich są aktualne trendy i technologiczny rozwój, który częstokroć wyznacza im/ich kierunek. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, iż najlepsza strona muzyki jest prezentowana przez najlepsze audio, ale tu z kolei zabrniemy na mielizny tego, co w audio najlepsze. Może uznać tedy należy, że najlepsze audio to takie, które w sposób najwierniejszy oddaje ducha muzyki, jej barwy, jej wielkość i ciężar, jej istotę bycia częścią przestrzeni i czasu, w których spektakl muzyczny się rozgrywa? Ale i tu pojawia się zastrzeżenie, czy to co w audio i dla audio najlepsze, jest najlepsze dla samej muzyki? Czy muzyka i jej „potrzeby” są tożsame z potrzebami audio, i to niezależnie czy mówimy o sprzęcie studyjnym czy komercyjnym?

Aby przybliżyć problem, pozwolę sobie tym razem na małą ucieczkę od tematu i zabiorę Państwa wstecz, bo do roku 1978. Kierując się grą skojarzeń, przywołajmy kultowe dzisiaj, a onegdaj sławne monitory studyjne, które od swego zarania* zajmowały centralne miejsce niemalże w każdym szanującym się studio nagrań. Choć były konstrukcją ułomną, a dźwięk który prezentowały z pewnością nie należał – choć wypadałoby napisać, nie należy – do przyjemnych, są do dzisiaj cennym nabytkiem w drugim obiegu, mimo zaprzestania ich produkcji w 2001 roku. Biała papierowa membrana zamknięta w czarnej skrzynce, to element niemniej rozpoznawalny od ich poziomej orientacji, oraz od skupionego na średnicy dźwięku. To właśnie ten dźwięk i jego skupienie w środku rejestru pozwalało z chirurgiczną wręcz precyzją monitorować tak całość, jak i elementy nagranej muzyki. Yamaha NS-10 po dziś dzień pozostaje bowiem referencyjnym monitorem studyjnym, mimo wszelkich niedoskonałości, które są sygnaturą jej brzmienia. „Najważniejszy głośnik, o jakim nigdy nie słyszałeś”, bo taki przydomek nosi NS-10, nie posiada idealnie płaskiej charakterystyki częstotliwościowej (+5dB przy 2kHz!!) i nie gra nic poniżej 100Hz, ale mimo tego, nie przeszkodziło mu to stać się referencją i zagościć niemalże w każdym studio nagrań (200 tys sprzedanych par mówi samo za siebie).

Ok, tyle tytułem dygresji i przewrotnego skądinąd ukazania, że to co dobre dla muzyki, niekoniecznie jest takowe w idiomie audio. Ktoś powie, że przecież professional audio, to inna bajka; ktoś inny, że NS-10 jest jak ujęcie makro (lupa), a hi-end jak jasny obiektyw teleskopu, a jednak, jedno i drugie jest ze sobą synergicznie splątane. I używam tej hiperboli nie po to, aby podkreślać różnice pomiędzy, a żeby znaleźć podobieństwa. Otóż bowiem, ludzkie ucho (a może mózg) jest przeznaczone do lokalizowania dźwięków przede wszystkim według fazy**. Jesteśmy najbardziej wrażliwi na fazę w zakresie 300-3000Hz. Poza tym zakresem, lokalizacja dźwięku staje się coraz trudniejsza. Projektując NS, Akira Nakamura z pewnością zdawał sobie z tego sprawę i pewnie dlatego zdecydował się na uwypuklenie tego zakresu. Czyniąc to jednak, podważył niemalże wszem i wobec całą świetość świata audio, cały jego paradygmat, którym w dużym uproszczeniu jest liniowość dźwiękowego spektrum.

Okazuje się jednak, że można mieć to i to, choć z pewnymi zastrzeżeniami. Naprzeciw tej potrzebie wychodzą głośniki szerokopasmowe (full-range speakers), które być może nie należą do współczesnej kategorii trendy, a z NS-ami dzielą jeszcze wspólny atrybut love or hate, to jeśli jest się miłośnikiem jazzu w małych składach, XVIII-wiecznej muzyki kameralnej, solowych recitali, czy wszelkich bardziej intymnych odsłon muzyki, to jednogłośnikowe konstrukcje są znakomite i nie mają sobie równych. Dzieje się tak dlatego właśnie, iż pozbawione są one problemów fazowych w zakresie wspomnianym powyżej. Otóż, te problemy nie występują, gdyż emisja dźwięku następuje z jednego głośnika. W konstrukcjach wielodrożnych wszelkie niedociągnięcia w wyrównaniu fazowym wpływają na lokalizację transientów, czyli – w dużym skrócie – źródeł pozornych. Co więcej, podobnie jak w opisanych NS-10, szybkość reakcji papierowej membrany nie ma sobie równych, a to zapewnia doskonałą charakterystykę czasową przy niskich częstotliwościach. Oczywiście, coś za coś (no, chyba że mówimy o konstrukcjach high-end, gdzie nie ma ograniczeń budżetowych), ale o tym później.

Tymczasem, wyobraźmy sobie, iż mamy do czynienia z kolumnami, które grają hiperdetalicznie, które oddychają oddechem muzyki, a nawet samych muzyków, które sprawiają, iż muzyka gra poniekąd w naszej głowie, a dźwięki docierają do nas po niewidzialnym dźwiękowym łuku. Wyobraźmy sobie kolumny, dzięki którym doznajemy prawdziwie głębokiego wzruszenia muzyką, a których bezpośredni i zdecydowanie szybki tempus, przywołuje na myśl skojarzenie z tym, co w audio najlepsze. Kolumny, które mają na tyle wysoką sprawność, iż łatwo napędzić nawet małej mocy wzmacniaczem i które grają pełnym dźwiękiem już od najmniejszego ruchu gałką volume. Tak w dużym skrócie opisać można charakterystykę kolumn single full range speakers. 

Wróćmy teraz do naszego głównego tematu, którym są monitory szerokopasmowe GMPTech FF-8. Kolumny od pierwszej chwili zwracają naszą uwagę swoją dystyngowaną elegancją i ekskluzywnym wykończeniem, przecząc poniekąd swoim designem ich nieco nazbyt technicznej nazwie (wzięła się ona od symbolu użytego przetwornika, choć przez chwilę pomyślałem o muzycznym określeniu dynamicznym fortissimo, czyli wlasnie ff). W wersji piano black jaką otrzymałem do testów prezentują się niezwykle dostojnie, co przy ich wymiarach 796x234x440 jest niewątpliwym atutem. Uwagę przykuwa głośnik, który jest centralną osią konstrukcji, a zarówno jego forma, jak i materiał z którego jest wykonany, dodają całości oryginalnego sznytu. Jeśli dodamy do tego dedykowane, świetnej jakości standy, które dopełniają formy całości, to nie możemy nie zauważyć, iż mamy do czynienia z produktem NAJWYŻSZEJ jakości!!

We wspomnianym dwa akapity wcześniej ćwiczeniu na wyobraźnię pisałem o hiperdetaliczności, o oddechu i przestrzenności gry, która moim zdaniem ma nieco wertykalny charakter, o dogłębnym wzruszeniu muzycznym. Dodam o dominancie dobrego środka, który jest skądinąd ich brzmieniową sygnaturą, i o pewnej naskórkowej suchości brzmienia, która z tej dominanty wynika. Nie pominę również świetnego rozciągnięcia pasma i braku jakichkolwiek zauważalnych w tej materii braków, choć zwrócę uwagę na fakt, iż brzmienie dołu nie jest gęste i przesadnie zaznaczone. FF-8 wszystko to oferują, czyniąc to z lekkością i wyrafinowaniem. Ta lekkość i wyrafinowanie objawia się też tym, iż nie wymagają one dużego wzmocnienia, wręcz wolą grać jakby mniejszym volumenem. Te wyjątkowe kolumny mają jeszcze jedna cechę, ktora w pewnych warunkach może okazać się, jeśli nie problematyczna, to wymagająca – to jednak dźwięk naturą bliski monitorom studyjnym, a to znaczy nie mniej ni więcej, iż z bezwzględną dokładnością ukazać mogą ułomności słabszych realizacji. Z pomocą przyjść może zmiana okablowania i zadbanie o adaptację akustyczną pomieszczenia, ale idealnym rozwiazaniem jest użycie zewnętrznego filtra pasmowego, nad którym pracuje już konstruktor kolumn, pan Maciej Iwańczuk. 

Pamiętając tak o tym, jak i biorąc pod uwagę, iż to dźwięk daleki od współczesnych trendów muscle sound (jesli już w tej nomenklaturze, to raczej classic vintage cars’ sound bez dźwiękowych poduszek powietrznych i systemow wspomagania) mamy z pewnością do czynienia z propozycją nietuzinkową, którą można uznać za wprowadzajacą w dźwiękowy świat hi-endowych przedmurzy. To tam zaczynają sie prawdziwie dogłębne wzruszenia płynące z obcowania z muzyką via audio. 


*[Suplement 1] Pierwsza wersja NS-10 byla propozycją komercyjną i tam nie zyskala poklasku.

**[Suplement 2] Dźwięk jest falą, którą można przedstawić jako sinusoidę. W przeciwieństwie do single full range speakers konstrukcje wielodrożne emitują kilka takich fal, a ich zestrojenie fazowe jest problemem, przed którym stają konstruktorzy takich konstrukcji. Brak tego zestrojenia (różnice fazowe) skutkuje przede wszystkim gorszą lokalizacją źródeł pozornych i swego rodzaju ‚przydymieniem’ szczegółów.