Phasemation T-600

Phasemation to japońska marka od lat konsekwentnie związana z analogowym odtwarzaniem muzyki. Firma wyrosła z działalności inżynieryjnej prowadzonej przez Kyodo Denshi Engineering – przedsiębiorstwo specjalizujące się w precyzyjnej elektronice i projektowaniu układów dla przemysłu audio. Od początku jej działalności w centrum zainteresowania znalazły się urządzenia przeznaczone do pracy z sygnałem gramofonowym: wkładki MC, przedwzmacniacze gramofonowe oraz transformatory step-up. W przeciwieństwie do wielu współczesnych producentów, którzy traktują analog jako jedną z wielu gałęzi swojej oferty, Phasemation pozostaje w dużej mierze skupione właśnie na tym obszarze. W katalogu firmy dominują konstrukcje dedykowane wkładkom MC – zarówno w postaci elektroniki aktywnej, jak i rozwiązań transformatorowych. Podejście to wpisuje się zresztą w długą tradycję japońskiej szkoły audio, w której transformator step-up traktowany jest nie jako dodatek do toru gramofonowego, lecz jako jeden z jego kluczowych elementów. Urządzenia Phasemation powstają i są montowane w Japonii, a ich konstrukcja pozostaje wierna klasycznym zasadom inżynierii analogowej: krótkiej ścieżce sygnału, starannej kontroli transformatorów oraz mechanicznej stabilności całego układu. To podejście sprawia, że marka ta pozostaje jedną z tych, które w świecie analogowego audio funkcjonują bardziej jako wyspecjalizowany warsztat niż producent masowej elektroniki.

Przypomnijmy w tym miejscu, czym właściwie jest transformator typu step-up i dlaczego w torze analogowym wciąż zajmuje tak ważne miejsce. Wkładki MC generują sygnał o bardzo niskim napięciu – często liczonym w setnych częściach milivolta. Zanim taki sygnał trafi do przedwzmacniacza gramofonowego, musi zostać wzmocniony do poziomu, z którym phono stage jest w stanie pracować w optymalnym zakresie. Można to zrobić na dwa sposoby: za pomocą aktywnego stopnia wzmacniającego w przedwzmacniaczu MC albo przy użyciu transformatora step-up poprzedzającego wejście MM. Różnica pomiędzy tymi rozwiązaniami nie sprowadza się wyłącznie do techniki wzmocnienia. W przypadku przedwzmacniacza MC mamy do czynienia z aktywnym układem elektronicznym, który wzmacnia sygnał przy użyciu elementów półprzewodnikowych lub lampowych. Transformator step-up działa inaczej: jest urządzeniem całkowicie pasywnym, w którym wzrost napięcia odbywa się na drodze przekładni elektromagnetycznej, bez dodatkowych elementów aktywnych w ścieżce sygnału. Kolejność tego wzmocnienia ma zresztą zasadnicze znaczenie dla czystości sygnału. Jeśli pierwszy etap odbywa się pasywnie – jeszcze zanim sygnał trafi do aktywnej elektroniki – cały tor pracuje już na wyższym poziomie napięcia, co sprzyja zachowaniu jego integralności. W tym sensie walka toczy się tu nie tylko o samo wzmocnienie, lecz także o możliwie najczystsze przekazanie informacji zawartej w sygnale wkładki.

Nic więc dziwnego, że w Japonii – gdzie kultura analogowego odtwarzania muzyki osiągnęła poziom niemal rzemieślniczej specjalizacji – transformator step-up do dziś traktowany jest jako jeden z kluczowych elementów toru gramofonowego. Nie jako dodatek ani rozwiązanie kompromisowe, lecz jako pełnoprawna alternatywa dla aktywnego wzmocnienia wkładki MC. Właśnie w tym kontekście należy patrzeć na konstrukcje takich firm jak Phasemation, dla których transformator nie jest jedynie technicznym komponentem, ale jednym z podstawowych narzędzi pracy z sygnałem analogowym.

Phasemation T-600 jest takim właśnie pasywnym transformatorem typu step-up przeznaczonym do współpracy z wkładkami MC o impedancji wyjściowej mieszczącej się w zakresie od 1,5 do 40 Ω. Urządzenie pracuje ze stałą przekładnią napięciową zapewniającą wzmocnienie na poziomie 26 dB przy standardowej impedancji obciążenia wynoszącej 47 kΩ. Deklarowane pasmo przenoszenia rozciąga się od 10 Hz do 50 kHz (±2 dB), co wskazuje na zdolność transformatora do przenoszenia zarówno najniższych składowych pasma akustycznego, jak i szerokiego zakresu harmonicznych. Obudowa o wymiarach 174 × 93 × 188 mm mieści układ transformatora o masie 2,1 kg, wyposażony w złocone terminale wejściowe i wyjściowe.

Wykonanie T-600 od pierwszego kontaktu pozostawia bardzo dobre wrażenie. Obudowa jest masywna, precyzyjnie spasowana i utrzymana w charakterystycznej dla japońskich konstrukcji powściągliwej estetyce. Gruba, szczotkowana płyta czołowa z subtelnym logotypem Phasemation w kolorze szampańskiego złota nadaje urządzeniu elegancki charakter, a centralnie umieszczone pokrętło wyboru trybu pracy wprowadza jedyny akcent funkcjonalny na minimalistycznym froncie. Samo rozwiązanie jest przy tym konstrukcyjnie zbalansowane. T-600 pozwala pracować zarówno w konfiguracji symetrycznej, jak i niesymetrycznej, co znajduje odzwierciedlenie w przełączniku umieszczonym na panelu przednim. Do dyspozycji użytkownika pozostają trzy tryby: praca w trybie balanced, tryb unbalanced oraz tryb pass, pozwalający ominąć transformator i przekazać sygnał bezpośrednio dalej w torze.

Tylny panel zdradza z kolei typową dla japońskich konstrukcji dbałość o funkcjonalność. Oprócz klasycznych gniazd RCA dla kanałów lewego i prawego znajdziemy tu również pełne połączenia symetryczne w standardzie XLR – zarówno na wejściu, jak i na wyjściu. Całość uzupełnia centralnie umieszczony terminal uziemienia. Rozmieszczenie gniazd jest czytelne i logiczne, a ich jakość – podobnie jak w przypadku całej obudowy – nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z urządzeniem zaprojektowanym z myślą o wieloletniej pracy w wymagających systemach analogowych.

Na łamach Audio Idiom to trzeci transformator step-up, z którym mam okazję pracować w ostatnim czasie. Dwa poprzednie – konstrukcje Kondo oraz Fezz Argentum – wykorzystywały srebrne uzwojenia. Phasemation T-600, jak deklaruje producent, opiera się natomiast na uzwojeniach miedzianych. Sam ten fakt czyni go interesującym punktem odniesienia, bo w świecie transformatorów materiał przewodnika bywa jednym z elementów, którym przypisuje się określony charakter brzmieniowy. Nie zamierzam jednak traktować tej różnicy jako prostego eksperymentu porównawczego ani szukać potwierdzenia obiegowych opinii o „brzmieniu srebra” czy „brzmieniu miedzi”. Bardziej interesuje mnie to, jaki własny język dźwiękowy proponuje Phasemation. Każdy transformator jest bowiem osobnym układem mechanicznym i elektromagnetycznym, a jego charakter wynika z całości projektu – rdzenia, geometrii uzwojeń, ekranowania i sposobu pracy z energią sygnału. O tyle jest to sytuacja komfortowa, że marka ta pojawiła się już wcześniej w moim systemie za sprawą wkładki Phasemation PP-200. Jej charakter brzmieniowy jest mi więc w pewnym stopniu znany, co pozwala spojrzeć na T-600 nie tylko jako na odrębne urządzenie, ale także jako na kolejny element tej samej filozofii dźwięku. Tym ciekawsze staje się pytanie, w jaki sposób ta estetyka zostaje przełożona na konstrukcję transformatora step-up.

Zanim odpowiemy na pytanie, jak brzmi T-600, warto na moment wrócić do samej roli transformatora step-up w torze analogowym. W praktyce nie jest to jedynie element służący do podniesienia napięcia sygnału z wkładki MC. Owszem, jego podstawową funkcją jest dopasowanie poziomu sygnału do wejścia MM przedwzmacniacza gramofonowego, ale skutki jego obecności w torze są zazwyczaj znacznie szersze – szczególnie w muzycznym i sonicznym aspekcie.

W dobrze dobranej aplikacji transformator step-up potrafi zmienić sposób, w jaki muzyka organizuje się w przestrzeni. Często pojawia się większa swoboda w oddychaniu nagrania, lepsza czytelność relacji pomiędzy planami oraz wyraźniejsza mikro-dynamika. Dźwięk zyskuje na plastyczności i trójwymiarowości, a jego obraz staje się mniej płaski i bardziej osadzony w przestrzeni pomiędzy kolumnami. Co ważne, nie dzieje się to kosztem nasycenia czy gęstości – dobrze zaprojektowany transformator potrafi raczej uporządkować energię sygnału, niż ją ograniczyć. Dlatego w wielu systemach analogowych step-up bywa postrzegany nie jako dodatkowy element toru, lecz jako jego integralna część. Na tym etapie bardzo niewielki sygnał generowany przez wkładkę zostaje uformowany tak, aby dalsze stopnie toru mogły pracować w możliwie najkorzystniejszych warunkach. W tym sensie transformator nie tylko wzmacnia sygnał – on w pewnym stopniu definiuje sposób, w jaki muzyka pojawi się później w przestrzeni odsłuchowej.

Pierwsze wrażenie jest w pewnym sensie zgodne z tym, czego można oczekiwać po dobrze zaprojektowanym transformatorze step-up. T-600 porządkuje scenę i relacje przestrzenne w sposób, który w torze analogowym natychmiast daje się odczuć. Pojawia się więcej powietrza pomiędzy instrumentami, kontury stają się wyraźniejsze, a muzyka zaczyna układać się w przestrzeni z większą czytelnością. To nie jest spektakularny efekt w sensie „więcej wszystkiego”, lecz raczej subtelne uporządkowanie energii nagrania – coś, co sprawia, że obraz dźwiękowy staje się stabilniejszy i łatwiejszy do śledzenia.

Na tym jednak podobieństwa do wielu innych transformatorów się kończą, bo T-600 bardzo wyraźnie zaznacza własny charakter. Najbardziej zwraca uwagę bas – wyraźnie zarysowany, sprężysty i obecny. Przyznam, że było to dla mnie pewne zaskoczenie. Zamiast miękkiego dociążenia dostajemy fundament, który nadaje muzyce wyraźny punkt oparcia. Zyskujemy na masie i dociążeniu, a puls nagrania staje się bardziej zdecydowany. Góra pasma pozostaje przy tym otwarta i zdaje się proporcjonalnie równoważyć dół pasma, ale nie ma w niej nic z przejaskrawienia czy sztucznej ekspozycji detalu – raczej wyraźna obecność. T-600, nie stroniąc od eksponowania własnego charakteru, gra bardziej z wigorem niż z przesadną powściągliwością.

Co ciekawe, drugim elementem, który może zaskoczyć – zwłaszcza w kontekście częstych opinii o „ciepłej miedzi” – jest właśnie ogólna jasność tego brzmienia. Nie w sensie rozjaśnienia czy odchudzenia, lecz raczej przejrzystości i światła w górnych rejestrach. Jeśli ktoś spodziewałby się tu klasycznego, lekko przyciemnionego charakteru przypisywanego miedzianym uzwojeniom, T-600 potrafi ten stereotyp skutecznie podważyć. Może to wynikać z nowych technologicznych rozwiązań produkcyjnych – T-600 został bowiem poddany gruntownej zmianie procesu nawijania. Ulepszenia, takie jak precyzyjna kontrola napięcia drutu podczas nawijania, zaowocowały transformatorem o większej ekspresji, co zdecydowanie przekłada się na aspekty dźwiękowe tego urządzenia.

Ta – zdawać by się mogła – kosmetyczna zmiana technologiczna sprawiła, że Phasemation staje po stronie żywego i nieskrępowanego przekazu. Jego interpretacja muzyki sprawia, że nagrania odkrywają przed nami drugą młodość. Czasami miałem wręcz wrażenie, jakbym miał do czynienia z nowym masterem – bardziej nowoczesnym, bardziej sprężystym i bardziej dociążonym. Tak było w przypadku płyt, które zagościły w katalogu Audio Idiom na dobre, w tym albumu Tribute tria Keitha Jarretta, do którego wróciłem z sentymentu, mając świadomość, że ci wielcy muzycy już razem nie zagrają. Tak było w przypadku japońskiego wydania albumu Oliviera Nelsona pod tytułem Blues and the Abstract Truth. U mnie w systemie T-600 współpracował z gramofonem J.Sikora Initial oraz ramieniem KV9, wkładką EMT HSD 006, phono Musical Paradise MP-P2 oraz kolumnami Falcon LS3/5a i muszę przyznać, iż jak na Japończyka T-600 wykazuje się wyjątkową dozą charyzmy.

T-600 to urządzenie, które przypadnie do gustu tym, którzy lubią żywy, emocjonujący i pełen wigoru przekaz. Mniej w nim japońskiej powściągliwości czy wycofania. Mniej skrywanych emocji. Step-up Phasemation nie obawia się emocji, które zostały zapisane w muzyce. Co więcej, on pomaga je uzewnętrznić.

.

© Marcin Oleś