Aura VA-40 Rebirth

W historii audio jest kilka urządzeń, które – niezależnie od zmieniających się mód – cieszą się nieustającą estymą i pozostają punktami odniesienia dla kolejnych generacji sprzętu. Mnie przychodzą do głowy przede wszystkim te, które najmocniej zbudowały moją prywatną audio mitologię, choć trzeba zaznaczyć, że lista ta mogłaby być znacznie dłuższa od tej, którą pozwolę sobie przytoczyć poniżej. Gramofon Transcriptors Hydraulic Reference, kolumny BBC LS3/5a, wzmacniacze Musical Fidelity A1, Kondo Ongaku czy McIntosh MC275, a także wkładki gramofonowe Denon DL-103 czy EMT TSD-15 – to zaledwie wierzchołek góry lodowej urządzeń, które nie tylko wyznaczały standardy, ale też dawały – a niektóre wciąż dają – świadectwo tego, czym dobre audio być powinno.

W chwili, gdy powstawały, deklasowały konkurencję, rozpalały wyobraźnię odbiorców i pobudzały konstruktorów do dalszego rozwoju. Pisałem o tym wielokrotnie na łamach Audio Idiom i dla mnie samego urządzenia tego typu pozostają często punktem odniesienia, a bywa, że wręcz referencją – jak choćby w przypadku LS3/5a firmy Falcon Acoustics czy wkładki EMT HSD 006, będącej kontynuacją TSD-15. W moim torze pełnią one funkcję papierków lakmusowych, którym nie umknie żadne dźwiękowe uchybienie ani muzyczne niedopatrzenie.

Fenomenowi takich konstrukcji towarzyszy jeszcze jeden aspekt – wiele z nich, po okresie nieobecności, powraca w formie odświeżonej lub przeprojektowanej. W moim odczuciu świadczy to o tym, że zmieniające się mody audio nie do końca wpływają na to, co stanowi istotę tego, co sam lubię określać mianem dobrego dźwięku. Nie oznacza to oczywiście, że wszystko, co powstało kiedyś, jest w stanie udźwignąć ciężar takiego standardu. Reedycje, reinkarnacje czy „reborny” nie są żadną gwarancją sukcesu na wymagającym i kapryśnym rynku audio. Są jednak urządzenia, które – swoją powracającą obecnością – zdają się potwierdzać tezę, że mody dobrego dźwięku po prostu nie dotyczą.

Tymczasem urządzenie, które jest tematem niniejszego tekstu, w momencie swojego powstania nie miało bynajmniej statusu konstrukcji kultowej – przynajmniej nie w wymiarze powszechnym. Owszem, było znane i cenione, ale raczej w węższym, świadomym kręgu niż jako masowa legenda. Tym bardziej jego dzisiejsza reinkarnacja zdaje się potwierdzać, że dobry dźwięk się nie starzeje. Co prawda – i tu pozwolę sobie na wtręt osobisty – ponad dekadę temu byłem bliski jego zakupu, ale to właśnie brak jednoznacznego punktu odniesienia sprawił, że wybrałem wtedy sprawdzoną konstrukcję lampową. Mowa o wzmacniaczu zintegrowanym Aura VA-40 Rebirth.

Zanim przejdziemy dalej, pozwólcie Drodzy Czytelnicy, że umieścimy tę markę w szerszym kontekście historycznym – wszak o historii była mowa. Oryginalny model VA-40 był debiutanckim produktem firmy Aura Design, powstałym w brytyjskim Worthing w 1989 roku. Założycielem firmy był Michael Toe, Brytyjczyk pochodzenia birmańskiego. Wkrótce po założeniu firma znalazła się pod skrzydłami B&W, a jej produkty przez siedem lat wytwarzano w Brighton. W 1996 roku marka została przekazana do Japonii i przyjęła nazwę Aura Design Japan – tak pozostaje do dziś.

Model VA-40, który pojawił się na rynku japońskim w szczytowym okresie boomu gospodarczego, urzekł wielu audiofilów i miłośników muzyki. Prosty i elegancki, z cienkim panelem przednim o chromowanym, niemal lustrzanym wykończeniu, skrywał brzmienie mocne i zwinne, zdolne z łatwością napędzać nawet wymagające kolumny o niskiej skuteczności i trudnej impedancji. To właśnie ta cecha przyniosła mu szczególne uznanie w Japonii. W tym samym czasie świat audio zmierzał w stronę coraz bardziej rozbudowanych i spektakularnych systemów, a Aura – mimo swojego potencjału – pozostała nieco na uboczu głównego nurtu.

Wróćmy jednak do VA-40 Rebirth. Jak sugeruje nazwa „rebirth” (odrodzenie), urządzenie to nawiązuje zarówno pod względem wyglądu, jak i koncepcji obwodów do oryginalnego modelu. Jest to wzmacniacz analogowy wyposażony wyłącznie w trzy wejścia liniowe RCA (niesymetryczne) oraz jedno wejście gramofonowe. Stopień wyjściowy, podobnie jak w oryginalnym modelu, stanowi pojedynczy układ push-pull z tranzystorami MOS-FET (po jednym tranzystorze na biegun dodatni i ujemny, łącznie cztery na kanały L/R). Jednak podczas gdy w oryginalnym modelu zastosowano tranzystory firmy Hitachi, w wersji Rebirth wykorzystano elementy brytyjskiej firmy EXICON, znane m.in. z konstrukcji takich marek jak Goldmund czy Nagra.

To, co uległo zmianie względem pierwowzoru, w dużej mierze decyduje o sukcesie tego urządzenia. Zachowując wygląd i schematy obwodów oryginalnego modelu, wprowadzono rozwiązania zapewniające stabilną pracę. Najważniejsze zmiany pozostają niewidoczne – dotyczą konstrukcji wewnętrznej. Duży radiator z zamontowanymi tranzystorami MOS-FET umieszczono w górnej części obudowy, a pod nim znalazła się odwrócona płytka główna, podparta na prętach. W oryginale cała obudowa pełniła funkcję radiatora, co ograniczało możliwości odprowadzania ciepła. Nowe rozwiązanie pozwala tranzystorom pracować w optymalnych warunkach temperaturowych, bez degradacji parametrów wraz z upływem czasu, a przy okazji skuteczniej tłumi wibracje mechaniczne. Transformator toroidalny o mocy 200 VA wykonano na zamówienie, a za regulację głośności odpowiada potencjometr Alps. Jak podaje producent, wybrano go świadomie ze względu na charakter brzmienia – głębię średnich i niskich częstotliwości oraz gęstość przekazu.

VA-40 Rebirth oferuje 2 × 50 W przy 8 Ω, co stanowi niewielki wzrost względem oryginału (2 × 40 W), ale ważniejszy jest tu zapas energii niż sama liczba watów. Wzmacniacz pracuje w klasie AB, choć jego zachowanie przy niższych poziomach sygnału może sprawiać wrażenie bliskie klasie A – płynne, liniowe, pozbawione nerwowości. Konstrukcyjnie mamy do czynienia z urządzeniem wiernym idei minimalizmu: brak sekcji cyfrowej, brak wyświetlacza, brak elementów niezwiązanych bezpośrednio z reprodukcją dźwięku. Obróbkę metalu powierzono rzemieślnikom z Tsubame-Sanjo – japońskiego centrum precyzyjnej metalurgii. Prosta obudowa skrywa układ chłodzenia oparty na dużych, poziomych radiatorach umieszczonych pod górną pokrywą, co zapewnia stabilne warunki pracy i ogranicza wpływ wibracji.

To tyle gwoli wstępu i wprowadzenia w tajniki technologiczne tego minimalistyczne wyglądającego urządzenia, ale jak ono gra? Jaki dźwięk nam oferują Japończycy w wersji Rebirth i jakich wrażeń możemy spodziewać się po tak skromnie wyglądającym wzmacniaczu? Nie będę owijał w bawełnę – to jeden z najbardziej zaskakujących projektów audio z jakimi kiedykolwiek miałem do czynienia! I mówię to z pełną odpowiedzialnością. Przyznaję, taki entuzjazm w audio nie pojawia się często, a wynika to z prostego faktu, że wcale nie często mamy do czynienia z urządzeniami tak spektakularnymi. Współczesna branża przyzwyczaiła nas bowiem do spektakularnych i ekstremalnych rozwiązań, które wcale nie tak często przykuwają naszą uwagę tym, co najważniejsze – dźwiękiem. W przypadku Aura Rebirth jest odwrotnie – tu skupiono się wyłącznie na dopracowaniu jakości dźwięku. Nie liczą się spektakularnie wyglądające osiągi, ponadprzeciętny wygląd, rozmiar i rozmach – liczy się to, jak poważnie i trafnie urządzenie to reprodukuje muzykę. A czyni to w sposób bliski doskonałości. Nie wiem, jak Japończykom się to udało, ale w ułamku ceny, której oczekują konkurenci, w chassis, które ma niemalże wielkość platformy antywibracyjnej, używając sprawdzonej cztery dekady temu technologii osiągnęli poziom urządzeń, które powszechnie klasyfikuje się jako high end! 

Przede wszystkim dawno nie słyszałem tak dobrze zbalansowanego brzmienia wzmacniacza zintegrowanego jak Aura Rebirth. Od pierwszego włączenia staje się jasne, że mamy do czynienia z propozycją dźwięku kompletnego, któremu niczego nie brakuje i który zachęca do nieustających odsłuchów. Być może wynika to z faktu, że Japończykom udało się osiągnąć brzmienie w dużej mierze pozbawione podbarwień – szczególnie w zakresie wyższego pasma, gdzie wiele współczesnych urządzeń przyzwyczaiło nas do irytującego rozjaśnienia. Aura jest tego całkowicie pozbawiona. Góra pozostaje wierna naturalnej emisji instrumentów, bez sztucznego rozświetlenia i podkręconej obecności, zachowując właściwe proporcje wobec reszty pasma.

To jednak dopiero punkt wyjścia. Siła tego wzmacniacza ujawnia się przede wszystkim w sposobie, w jaki organizuje muzykę w czasie i w materii dźwięku. Timing jest tu wyjątkowo spójny i naturalny – nie ma w nim ani nerwowości, ani opóźnień, które rozbijają frazę. Muzyka płynie, zachowując swoją wewnętrzną logikę i ciągłość, a kolejne zdarzenia wynikają z siebie, zamiast być jedynie sumą pojedynczych impulsów. W centrum tego doświadczenia znajduje się środek pasma – gęsty, nasycony i niezwykle komunikatywny. To właśnie tutaj Aura buduje swoją wiarygodność: w barwie głosu, w fakturze instrumentów i w tym trudnym do uchwycenia poczuciu obecności, które sprawia, że dźwięk przestaje być reprodukcją, a zaczyna funkcjonować jako zdarzenie. Jestem pod ogromnym wrażeniem pełni i soczystości tego brzmienia. To dźwięk, który nie próbuje być większy niż jest, ale jednocześnie nie traci nic ze swojej masy i ciężaru. Bas – potężny, sprężysty i dobrze osadzony – stanowi dla całości solidny fundament, nadając muzyce właściwy punkt oparcia. W zakresie równowagi energetycznej jego charakter pozostaje lekko przesunięty w stronę niskich i średnio-niskich częstotliwości, co przekłada się na poczucie stabilności i fizycznej obecności dźwięku. Nie prowadzi to jednak do przeciążenia czy utraty kontroli – przeciwnie, wszystko pozostaje w ramach dobrze zdefiniowanej proporcji.

To brzmienie ma w sobie coś autentycznego – coś, co trudno poddać prostej analizie, a co odczuwa się niemal natychmiast. Tym większe jest zaskoczenie, gdy uświadomimy sobie skalę tego osiągnięcia w kontekście ceny urządzenia. To, co tu słyszymy, właściwie nie zdarza się w tej półce cenowej. Jeśli dodamy do tego jeszcze wbudowany wzmacniacz słuchawkowy oraz preamp gramofonowy o wyraźnie ponadprzeciętnej jakości, sytuacja zaczyna nabierać wręcz paradoksalnego charakteru.

W przypadku Aura Rebirth mamy do czynienia z przedwzmacniaczem gramofonowym MM, który nie tylko broni się w kontekście ceny, ale przede wszystkim sprawia, że wzmacniacz ten może funkcjonować jako urządzenie kompletne dla wielu użytkowników. To nie jest dodatek „na przeczekanie”, lecz pełnoprawny element toru, który w odpowiedniej konfiguracji pozwala budować spójny i wiarygodny przekaz. W moim systemie testowany był z wkładką MC – tradycyjnie EMT HSD 006 – przy użyciu transformatora step-up Fezz Argentum. Źródłem był gramofon J.Sikora Initial z ramieniem KV9 – zestaw, który pozwala nie tylko na precyzyjną analizę muzyki, ale również ujawnia sposób, w jaki zachowują się pozostałe urządzenia w torze. W tym kontekście Aura Rebirth potwierdziła swoją klasę. Charakter tego phono wyraźnie skupia się na gęstości i spójności dźwięku, odsuwając na dalszy plan analityczną precyzję, ale nie jest to wybór wynikający z ograniczeń – raczej świadome przesunięcie akcentów. Pokazuje to jednocześnie, jak wysoko została postawiona poprzeczka w obrębie całej konstrukcji.

Podobne wrażenia towarzyszyły odsłuchowi przez wyjście słuchawkowe – wykorzystałem tu słuchawki AKG K550 Reference. Ono również nie sprawia wrażenia dodatku, lecz integralnej części projektu – utrzymując ten sam idiom brzmieniowy, tę samą spójność i kulturę dźwięku, co reszta urządzenia.

Aura VA-40 Rebirth to urządzenie, które wbrew swojej skali i cenie funkcjonuje jak pełnoprawny uczestnik świata high-end. Nie dlatego, że próbuje nim być, lecz dlatego, że rozumie muzykę w sposób, który w tej klasie spotyka się niezwykle rzadko. Jego siła nie polega na efekcie, lecz na spójności – na zdolności budowania dźwięku jako ciągłego, organicznego zjawiska, w którym barwa, czas i energia pozostają we właściwej relacji. To wzmacniacz, który nie narzuca się słuchaczowi, nie eksponuje swoich możliwości, a jednak z każdym kolejnym odsłuchem ujawnia skalę swojego dopracowania. Gęstość środka, naturalna emisja wysokich tonów, pewność i masa basu oraz wyjątkowa kultura prowadzenia frazy sprawiają, że obcujemy nie tyle z reprodukcją, co z obecnością muzyki. Aura pozwala się do niej zbliżyć – skraca dystans, porządkuje przestrzeń i sprawia, że instrumenty zyskują bryłę, stają się namacalne i osadzone w realnym polu zdarzeń.

Jeśli miałbym wskazać urządzenie, które w tej półce cenowej redefiniuje pojęcie proporcji między kosztem a jakością, Aura VA-40 Rebirth byłaby jednym z pierwszych wyborów. To projekt, który nie tylko przekracza oczekiwania – on je dezaktualizuje. Trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z urządzeniem funkcjonującym niejako poza kategoriami. W swojej klasie cenowej oferuje bowiem coś wyraźnie większego – nie tyle lepszy dźwięk, co inną jakość doświadczenia.

Za ponadprzeciętną jakość dźwięku w swojej półce cenowej Audio Idiom przyznaje temu urządzeniu najwyższą kategorię – MAESTRO.

.

© Marcin Oleś