Audiokultura Iskra I

Zacznę trochę nietypowo. Choć pisałem już wielokrotnie, że nazwa firmy czy urządzeń nie musi być deskrypcją ich potencjału, to osobiście często do niej sięgam – bo to w niej niejako wybrzmiewa intencja autora. Przyznaję, nazwa Audiokultura zrobiła na mnie duże wrażenie od momentu, gdy ją po raz pierwszy usłyszałem – zawiera bowiem coś, co wielu przeocza. Audio to nie tylko technologia. Poprzez swoją relację z muzyką jest ono także dziedziną kultury. Owszem, nie w jej masowym wydaniu – raczej jako nisza ludzi, którzy cenią muzykę i doświadczenia, jakie oferuje dzięki urządzeniom określanym dziś wspólnym mianem audio. A skoro pozwoliłem sobie przywołać słowo „kultura”, przypomnijmy mimochodem, że drugi człon tej nazwy – audio – odsyła nas do łacińskiego audire, oznaczającego „słyszeć”, „słuchać”, „przesłuchiwać”. Audiokultura byłaby więc – trzymając się tej etymologii – audytorium ludzi skupionych wokół pasji słuchania. Przyznaję, na firmamencie nazw audio Audiokultura pozostaje jedną z moich ulubionych.

Ale wróćmy do meritum. Audiokultura należy do tych polskich marek, które funkcjonują raczej w trybie jednoosobowego atelier niż klasycznej firmy audio. To niewielka manufaktura związana przede wszystkim z projektowaniem elektroniki analogowej – zarówno na potrzeby domowego hi-fi, jak i zastosowań studyjnych czy scenicznych. W jej ofercie znajdziemy przedwzmacniacze gramofonowe, transformatorowe step-upy, przedwzmacniacze mikrofonowe oraz kilka rozwiązań o charakterze bardziej technologicznym niż czysto audiofilskim. W przeciwieństwie do wielu firm hi-fi, które zaczynają od marketingu, a dopiero później budują zaplecze inżynierskie, Audiokultura wyrasta z praktyki projektowej. To projekt, w którym potrzeby brzmieniowe nie są abstrakcyjnym założeniem, lecz punktem wyjścia do konstrukcji. Urządzenia tej marki powstają w krótkich seriach, są montowane i kalibrowane w Polsce, a ich konstrukcja opiera się na klasycznych zasadach analogowej elektroniki. Za projektem stoi konstruktor i muzyk, Arkadiusz Ziarek, który łączy doświadczenie inżynierskie z praktyką słuchania. Ten splot kompetencji nie jest przypadkowy – tam, gdzie projekt spotyka się z osłuchaniem, łatwiej o rozwiązania, które przekonują nie tylko na poziomie technicznym, ale i muzycznym.

W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję, która jednak pozostaje z tematem w bezpośrednim związku. Istnieje przekonanie, że „muzycy słyszą inaczej”. Jestem jednak przekonany, że nie jest ono do końca trafne – różnica polega raczej na stopniu osłuchania z instrumentami. To on daje wgląd w brzmienie, które później próbuje odtworzyć system audio. Czy taki wgląd pomaga w konstruowaniu urządzeń? Może – ale nie musi. Posłużę się prostą analogią: to, że muzyk doskonale zna brzmienie gitary, nie oznacza, że wykona ją lepiej od lutnika. Jeśli jednak jego praktyka muzyczna zostaje dopełniona praktyką warsztatową, efekt może być ponadprzeciętny. Z własnego doświadczenia: używam smyczka Z. Prochownik. Jego twórca – emerytowany kontrabasista – zbudował pierwszy egzemplarz dla siebie. Okazał się jednak na tyle udany, że przez kolejne dekady sięgali po niego wybitni muzycy, w tym François Rabbath.

Przejdźmy jednak do urządzenia, które trafiło w moje ręce i od początku wzbudziło moje zainteresowanie – Iskra I. W tym przypadku mamy do czynienia nie tyle z produktem branży audio, ile z konstrukcją wywodzącą się ze środowiska inżynierskiego, w którym tor analogowy traktowany jest nie jako styl życia, lecz jako problem do rozwiązania. To już na starcie ustawia ją w nieco innym kontekście niż wiele współczesnych urządzeń. Audiokultura Iskra I to przedwzmacniacz gramofonowy przeznaczony do współpracy zarówno z wkładkami MM, jak i MC. Konstrukcja oparta została na klasycznej, dwustopniowej topologii: wzmacniacz – pasywny filtr RIAA – wzmacniacz. Takie rozwiązanie pozwala rozdzielić funkcje poszczególnych sekcji i zachować większą kontrolę nad charakterystyką korekcji oraz poziomem szumów. Urządzenie oferuje szeroki zakres regulacji parametrów wejściowych. Impedancję można ustawić w zakresie od 100 Ω do 75 kΩ, a pojemność wejściową regulować skokowo aż do 467 pF. Równie elastycznie rozwiązano kwestię wzmocnienia – całkowity gain regulowany jest w zakresie od 35 dB do 70 dB. Pozwala to dopasować urządzenie zarówno do wkładek MM, jak i wymagających wkładek MC. Zasilanie oparto na dedykowanej przetwornicy DC/DC ±15 V współpracującej z aktywnym filtrem. Całość pracuje w układzie dual mono, co ogranicza interferencję między kanałami. W torze sygnałowym zastosowano precyzyjne komponenty: rezystory thin-film oraz selekcjonowane kondensatory polipropylenowe Wima, Vishay i Miflex. Obudowa wykonana jest ze stali o grubości 1,5 mm, a urządzenie może pracować również z zewnętrznym zasilaniem bateryjnym.

Zacznijmy od tego, że Iskra wygląda niepozornie i nie próbuje wpisywać się we współczesną estetykę hi-fi, wedle której „dobre audio musi wyglądać”. Bliżej jej do urządzeń profesjonalnych, gdzie forma wynika z funkcji. Do testów trafił egzemplarz w kolorze czarnym, choć paleta obejmuje również bardziej wyraziste warianty kolorystyczne. Obsługa realizowana jest poprzez zestaw mikroswitchy umieszczonych na spodzie urządzenia. Zakres regulacji obejmuje impedancję, wzmocnienie oraz pojemność wejściową, co znacząco zwiększa możliwości dopasowania. Początkowo może to wyglądać na skomplikowane, ale w praktyce okazuje się logiczne i intuicyjne – wystarczy znać parametry wkładki, by poprawnie skonfigurować urządzenie.

Jak zatem brzmi to niepozornie wyglądające urządzenie? Jaką kulturę dźwięku oferuje, zakładając, że producent utrzymuje jego cenę na poziomie urządzeń określanych mianem entry level? Czy legenda, która towarzyszy Iskrze od jej zarania, jakoby było to urządzenie wyjątkowej – nomen omen – kultury grania to wyłącznie legenda i storytelling marki czy w pełni zasłużona opinia rynku spragnionego kontaktu ze świętym audio graalem? Zaznaczę w tym miejscu, że z największą ostrożnością podchodzę do wszelkich nazbyt chętnie powielanych audio ochów-i-achów, tym niemniej, z wielką ciekawością podszedłem do tego niepozornego urządzenia. A nóż – pomyślałem – może zaiskrzy. I zaiskrzyło!

Iskra okazała się przedwzmacniaczem w pełnym tego słowa znaczeniu i to nawet w oderwaniu od kategorii cenowej, w której została umieszczona. Gdy tę zdecydujemy się wziąć pod uwagę, nasze współczesne wyobrażenie o branży audio będzie musiało zostać zredefiniowane. Nie ma bowiem jakichkolwiek powodów, aby to urządzenie nie mogło kosztować kilka razy więcej, a biorąc pod uwagę – zgodną zresztą ze współczesną audio doxą – potrzebą „wyglądu” i więcej. Nie chodzi mi w tym miejscu bynajmniej, aby zachęcać marki, które w modelu Audiokultury wyceniają swoje urządzenia poniżej ich wartości sonicznych, do ich podniesienia. Wręcz przeciwnie, wspieram taki model, bowiem to tylko on prowadzić może do zmiany praktyk słuchania we współczesnym świecie, które – umówmy się – jeśli nie zanikają, to się pauperyzują. Model ten jest jednak obosieczny – z jednej strony umożliwia słuchanie szerszej rzeszy potencjalnych odbiorców, z drugiej, tę już bardziej wyrobioną ich część sprowadza do kategorycznych ocen: jak coś nie jest drogie to nie może być dobre. Iskra udowadnia, że może. 

Na poziomie regulacji urządzenie to oferuje to, co droższe rozwiązania, a nawet więcej, bowiem regulacja pojemności wejściowej wciąż nie jest powszechną praktyką. Co więcej, oferuje czyste wzmocnienie na poziomie droższych urządzeń, przy czym kluczowe tutaj jest słowo czyste. Nie liczy się bowiem w przypadku podniesienia sygnału wkładki jedynie moc, a przede wszystkim brak zniekształceń i szumów. To właśnie to ostatnie jest niewątpliwym atutem małej Iskry I. Na poziomie wzmocnienia 70 dB oferuje bowiem obsługę wkładem MC i to niekoniecznie tych o wysokim sygnale. To jednak kwestie techniczne, a jak wiemy z doświadczeń, nawet najlepsze wykresy „nie grają”. Gra urządzenie, które finalnie ktoś musi wystroić, przesłuchać i zdecydować o jego brzmieniowej sygnaturze. W przypadku Iskra udało się to znakomicie. 

W testach współpracowała z urządzeniami z wyższych półek cenowych i chcę podkreślić, że spisała się nadzwyczaj dobrze. Tradycyjnie w przypadku Audio Idiom były to: gramofon J.Sikora Initial z ramieniam KV9 oraz wkładka EMT HSD 006. No tak, ale co konkretnie dało się usłyszeć i co Iskra oferuje w sferze dźwiękowej i jak radzi sobie z interpretacją muzyki? Przede wszystkim, urządzenie to oferuje niezwykle homogeniczny dźwięk – spójny i dobrze ułożony. W jego centrum została umieszczona średnica i to ona wiedzie tutaj prym sprawiając, iż muzyczna interpretacja jest niezwykle namacalna. To dźwięk, który ze wszech miar określiłbym mianem analogowego. Zero tutaj niepotrzebnych rozjaśnień, podbijania skrajów pasma i zero efekciarstwa. Może to dziś niemodne podejście, ale tak właśnie wyobrażam sobie dobry dźwięk, czyli taki, który pozwala skupić się na muzyce, zanurzyć w doświadczeniu, a nie rozpraszać w nadmiernej aktywności tonów składowych. Pozwalam sobie tu na ten niewybredny żart tylko z jednego powodu – Iskra nie dopuszcza, aby doświadczenie muzyczne były przesłonięte przez jakiekolwiek audio podniety. Ona skupia się na opowieści, a nie na tym, kto opowiada. Może to truizm, ale mam przekonanie, że współczesne audio idzie często właśnie w tę drugą stronę.

Nie napiszę tu, że na tle konkurencji Audiokultura proponuje coś znacznie lepszego, skłamałbym bowiem dlatego, że nie słyszałem wszak wszystkich urządzeń. Napiszę jednak, że ta propozycja jest niezwykle dojrzała, bowiem traktuje zarówno odbiorcę, jak i samą muzykę w sposób niezwykle poważny. Nie ma tu łudzenia błyskotkami ani w warstwie wizualnej, ani w warstwie dźwiękowej. Jest natomiast niezwykła dźwiękowa i estetyczna rzetelność, która sprawia, że oferta Audiokultury jest wyjątkowa. Wszystko jest tu dobrze zszyte i wszystko jest na swoim miejscu. Balans tonalny jest skierowany nieco w stronę tonów chłodnych, co wsparte jest nieco akwarelową w stylu emisją dźwięku. Przez to ostatnie rozumiem, że gęstość dźwięku Iskry jest raczej migotliwa i eteryczna, niż gęsta niczym mgła nad jeziorem Trupel, gdzie urządzenia te powstają. Ta cecha sprawia, że można niekiedy odnieść wrażenie, iż dźwiękowi brakuje masy i ciężaru, przy czym deficyt tan nie odbywa się kosztem innych aspektów, a stanowi raczej o świadomym wyborze sygnatury dźwięku dokonanym przez producenta. 


Podsumowując, przedwzmacniacz gramofonowy Iskra I polskiej manufaktury Audiokultura oferuje nam niezwykle kulturalny przekaz dźwiękowy. Choć nie nazwałbym go jednoznacznie starą szkołą, to w moim odczuciu jej konstruktor odwoływał się do najlepszych wzorców inżynieryjnych i własnego muzycznego backgroundu. Sprawiło to, że w cenie znacznie poniżej dźwiękowych możliwości otrzymujemy niezwykle dojrzałe urządzenie, które nie tylko jest znakomitym wyborem na początek przygody z czarną płytą, ale przy odpowiednim setupie – na przykład w połączeniu ze step-upem tejże manufaktury – może zapewnić wyjątkowo dojrzałe i muzykalne doświadczenie muzyczne. To jednak urządzenie dla tych, którzy cenią sobie naturalność i umiar, kosztem efekciarstwa i dźwiękowej przesady. Ci, dla których muzyka jest najważniejsza z pewnością docenią kulturę dźwięku oferowanę przez Audiokulturę!

.

© Marcin Oleś