Ancient Audio – Lektor Fun

Choć mogłoby się wydawać, że era fizycznych nośników skończyła się wraz z nadejściem streamingu, format Compact Disc wciąż nie przestaje być przedmiotem rozmów i zainteresowań melomanów. Ostatnie lata upłynęły pod znakiem intensywnego rozwoju sieciowych streamerów, plików hi-res i cyfrowych platform dostępowych, które zdominowały dyskurs o tym, „skąd brać muzykę”. W tym środowisku, CD – jako medium – bywa marginalizowany, traktowany jak relikt przeszłości, technologia, którą „wszyscy znamy, ale nikt już nie potrzebuje”. Taka narracja jest jednak jednowymiarowa, a historia fonografii uczy nas czego innego: nośniki pojawiają się, ewoluują i przemijają w naturalnym rytmie technologicznej cykliczności, ale żaden z nich nie znika ani z pamięci muzycznej społeczności, ani nie przestaje być całkowicie bezużyteczny. Winyl powrócił do łask. Magnetofonowe taśmy zyskały status referencyjnych. Nawet płyty mini disc, które miały zniknąć, cieszą wyspecjalizowane grupy kolekcjonerów. Rzeczywistość jest bowiemtaka, że każdy nośnik ma swoje unikalne miejsce w historii dźwięku i własny zestaw wartości brzmieniowych oraz emocjonalnych. CD nie jest wyjątkiem.

Format Compact Disc, mimo że powstał w latach 80., przez dekady był synonimem cyfrowej precyzji i jakości. Zapewniał niskie zniekształcenia, ciszę tła, a także wygodę na poziomie, o której „winyl mógł tylko marzyć”. Stawał się punktem odniesienia, z którego wykształciły się standardy oceny cyfrowych konwersji, jittera czy stabilności odczytu. I choć dziś nie jest już najnowszym osiągnięciem technologicznym, to wciąż pozostaje jednym z najpowszechniejszych. Co więcej – i jest to raczej moje osobiste przekonanie niż powszechnie podzielana opinia – format ten na tyle przewartościował sposób myślenia o jakości dźwięku, że „zmusił” analog do odpowiedzi. Kiedy gramofon przestał być oczywistym standardem, musiał stać się świadomym wyborem. Przyczyniło się to paradoksalnie do jego technologicznego i brzmieniowego udoskonalenia, co moim zdaniem nie miałoby miejsca bez rewolucji CD.

Warto jednak na moment zatrzymać się przy samym formacie CD nie tylko jako nośniku technologicznym, lecz jako zjawisku kulturowym. Jego pojawienie się w latach 80. zbiegło się z istotną zmianą w sposobie funkcjonowania przemysłu muzycznego. Po raz pierwszy w tak masowej skali wytwórnie odkryły, że mogą ponownie sprzedać tę samą muzykę – tym razem w „lepszej”, cyfrowej jakości. Ogromne katalogi nagrań zostały przeniesione z winylu na srebrne krążki, a słuchacze – często z entuzjazmem – kupowali te same albumy po raz drugi. Był to moment przełomowy. Do lat 70. dominował paradygmat nowości: rynek żył premierami, nowymi estetykami, kolejnymi krokami w ewolucji języka muzycznego. Oczywiście istniały reedycje, ale nie stanowiły one osi biznesowego modelu. Lata 80. przyniosły subtelne, lecz znaczące przesunięcie: muzyka zaczęła funkcjonować nie tylko jako proces twórczy skierowany ku przyszłości, lecz również jako katalog – zasób, który można przetwarzać, odświeżać i sprzedawać ponownie. Zmiana ta wpłynęła nie tylko na ekonomię, ale i na wrażliwość kulturową. Zamiast ciągłej ucieczki naprzód pojawiło się zainteresowanie estetykami sprawdzonymi, utrwalonymi, bezpiecznymi. W pewnym sensie cyfrowy nośnik – paradoksalnie – przyczynił się do utrwalenia przeszłości. W tym kontekście niezwykle trafne wydają się słowa Marka Hollisa, który po wydaniu albumu Spirit of Eden grupy Talk Talk zauważył, że gdyby ta płyta ukazała się w latach 70., nikogo by nie zdziwiła – natomiast pod koniec lat 80. brzmiała jak coś radykalnie odmiennego, wręcz szokującego. To jednak nie muzyka zmieniła się aż tak bardzo. Zmienił się kontekst. Zmieniły się oczekiwania. Zmienił się paradygmat. CD stało się więc nie tylko nośnikiem dźwięku, ale jednym z katalizatorów tej zmiany. Wracając jednak do współczesności: nie wszyscy uznali porażkę formatu CD i pogodzili się z tym, że więcej w nim ograniczeń, niż korzyści. Sam, jako słuchacz, się do nich zaliczam i – przyznaję – byłem szczerze zaskoczony, gdy kilka lat temu słyszałem od skądinąd świadomych odbiorców, że wyprzedają całe kolekcje płyt i odtwarzacze, przechodząc wyłącznie na pliki lub winyl. CD wydawało się wówczas zmierzać w stronę otchłani historii. 

Marka Ancient Audio jest jednak przykładem na to, że takie rozpoznanie nie było w pełni uzasadnione. Ten polski producent ma ugruntowaną pozycją w świecie high-end audio, a formatem cyfrowym zajmuje się już od trzech dekad. Znany z podejścia, w którym priorytetem jest nie tylko technologia, lecz głębokie rozumienie muzyki i sposobu jej reprodukcji, Ancient Audio balansuje na pograniczu technologicznej precyzji i głębokiego muzycznego zrozumienia – łącząc solidną inżynierię z wysokiej kultury dźwiękiem. Udostępniony do testów model Lektor Fun, choć należy do firmowego entry level, nie został zaprojektowany jako urządzenie-kompromis, lecz jako pełnowartościowy odtwarzacz zdolny pokazać potencjał formatu CD właśnie tam, gdzie wielu uznało go już za „zamknięty rozdział”. Jego ograniczenie względem wyższego modelu dotyczą głównie obudowy oraz braku wyjść zbalansowanych. W testowanym egzemplarzu odnajdujemy podejście charakterystyczne dla tej marki: konstrukcyjny minimalizm, przemyślaną architekturę konwersji cyfrowo-analogowej oraz – co równie istotne – humanistyczne spojrzenie na muzykę jako przekaz, a nie zbiór danych zapisanych w postaci bitów.  W kolejnych częściach tekstu przyjrzymy się bliżej, co ten odtwarzacz wnosi do dźwięku, jak sprawdza się w realnym systemie oraz jak wypada w konfrontacji z innymi źródłami, które dotychczas uważałem za punkt odniesienia w moim torze.

Od strony technicznej Lektor Fun oparty jest na sprawdzonych i ambitnych rozwiązaniach. Zastosowano w nim austriacki mechanizm CD-Pro8, uznawany za jedną z solidniejszych platform transportowych dostępnych obecnie na rynku. Stabilność pracy wspiera precyzyjny zegar TentLabs o deklarowanym jitterze na poziomie 3 ps, co wskazuje na dbałość o jakość synchronizacji sygnału już na etapie odczytu. Sercem sekcji konwersji cyfrowo-analogowej jest przetwornik ESS ES9038 PRO w konfiguracji stereo, pracujący w rozdzielczości 32 bitów. To układ znany z wysokiej dynamiki i niskiego poziomu zniekształceń, stosowany również w konstrukcjach znacznie droższych. W torze analogowym zastosowano kondensatory V-Cap ODAM – elementy o wysokiej reputacji w środowisku high-end, produkowane w USA i cenione za transparentność oraz stabilność parametrów. Urządzenie oferuje regulację poziomu w zakresie 99 dB oraz przełączany maksymalny poziom wyjściowy 2 Vrms lub 5 Vrms, co pozwala dopasować je zarówno do klasycznego przedwzmacniacza, jak i do konfiguracji bardziej bezpośrednich. Na pokładzie znajdziemy także wyjście cyfrowe koaksjalne S/PDIF 75 Ω oraz wejścia cyfrowe: koaksjalne S/PDIF (16–24 bity, 32–216 kHz, PCM) oraz USB 2.0 oparte na module Amanero, obsługujące sygnał PCM w zakresie 16–24 bitów i 32–216 kHz. Lektor Fun może więc pełnić również funkcję zewnętrznego przetwornika D/A.

Jak zatem brzmi Lektor Fun? Czy oferuje więcej zabawy czy raczej pozwoli zagłębić nam się w muzykę, jak przystało na przedstawiciela tak uznanej marki? Po pierwsze, to urządzenie wyrafinowane na każdym poziomie: designu, technologii i konstrukcji – należało się zatem spodziewać, że na poziomie dźwięku również. Przyznaję, dla mnie nazwa Fun jest w tym przypadku myląca. Otrzymujemy minimalistyczny obiekt wykonany z hartowanego szkła i aluminium, który zaliczyłbym raczej do kategorii premium modest, niż fun. Jak wielokrotnie pisałem, nazwa nie „gra”, ale często zdradza kierunek myślenia konstruktora. Być może chodzi o fakt, że – jak w innych modelach tej marki – mamy do czynienia z odsłoniętą płytą, której powolny obrót budzi przyjemne, niemal rytualne odczucia estetyczne. Być może, nawiązanie do flagowego Lektor Joy. Niemniej, w tym teście nie szukałem ani zabawy – wiedziałem od razu, że to poważny zawodnik – ani nie próbowałem rozwikłać zagadki, skąd taka nazwa. Od pierwszego uruchomienia moje przeczucia się potwierdziły. Moim uszom ukazała się muzyka w pełnej krasie swoich możliwości – bez cyfrowego nalotu, bez sztuczności, bez epatowania dźwiękiem. Lektor niczego nie musi udowadniać. Ani jako obiekt, ani jako interpretator muzyki. On po prostu jest na swoim miejscu. Z łatwością wpasowuje się w przestrzeń estetyczną wnętrza i z równą naturalnością odnajduje się w każdej odtwarzanej muzyce. Potwierdziły to kolejne odsłuchy płyt stanowiących dla Audio Idiom bazę referencyjną. Wśród nich znalazł się album Near East Quartetkoreańskiego kolektywu pod kierunkiem Sungjae Son. Saksofon (wymiennie klarnet basowy), gitara, wokal i perkusja – zestawienie pozornie proste, a dźwiękowo i kulturowo gęste. Album ten stanowi probierze dla wielu urządzeń, bowiem muzyka odbywa się raczej w środku pasma, a jej gesty dotyczą raczej skali mikro niż makro. Lektor poradził sobie znakomicie nie tylko z separacją instrumentów, lecz – co istotniejsze – z wydobyciem właśnie tej kulturowej odmienności. Instrumenty zabrzmiały wiarygodnie i przekonująco. Muzyka stała się namacalna i naturalnie organiczna.

To właśnie sposób, w jaki Lektor Fun operuje przestrzenią między dźwiękami, wydaje się jego największą siłą. Separacja nie jest tu efektem laboratoryjnej analizy, lecz warunkiem swobody. Pojawia się więcej powietrza, więcej ciszy, więcej „pomiędzy”. Przypomina mi to bon mot Artura Rubinsteina, który mawiał, że dobry pianista gra nuty, ale wybitny gra to, co między nimi. Ancient Audio zdaje się myśleć podobnie. Nie chodzi o bycie szybszym, głośniejszym czy bardziej spektakularnym. Chodzi o relacje. O oddech. Pisanie o tym, jak brzmi góra pasma, środek czy bas nie tylko mija się w tym przypadku z celem, ale podważałoby autorytet tego „wirtuoza”. To, co z recenzenckiego obowiązku należy jeszcze odnotować, to charakter interpretacji. W przeciwieństwie do wspomnianego Rubinsteina, który był raczej efekciarskim pianistą, Lektor Fun zdaje się być bardziej powściągliwy w ekspresji i nie tak gęsty w muzycznym geście. Jego ton jest raczej szlachetny niż szklisty. Jego fraza bardziej muzyczna niż techniczna. Jego barwa raczej skupiona i gęsta. 

Lektor Fun krakowskiej manufaktury Ancient Audio to nie tylko jeden z bardziej muzykalnych i dojrzałych odtwarzaczy CD, jakie dane mi było słyszeć w ostatnim czasie. To urządzenie dla tych, którzy cenią raczej powściągliwą elegancję, niż ostentacyjne efekciarstwo. Dla tych, którzy w muzyce szukają sensu, a nie wyłącznie osiągów. To także obiekt, który bez wysiłku stanie się częścią przestrzeni – estetycznej i muzycznej. Jeśli zależy ci na efekciarstwie, to nie ten kierunek. Jeśli jednak muzyka liczy się bardziej niż sportowe parametry – być może nie będziesz musiał szukać dłużej. 

 

PRODUKT OTRZYMUJE NAGRODĘ AUDIO IDIOM – VIRTUOSO

.

© Marcin Oleś